Watch Gościu opowiada kawały cz2 [wiocha.pl kwejk.pl](360p_H.264-AAC) - Sebastian Juśko on Dailymotion
W Togo został poświęcony kościół, który w 90% był zbudowany z datków wiernych diecezji opolskiej. O budowie i poświęceniu kościoła opowiada ksiądz Grzegorz Sonnek, dyrektor Papieskich Dzieł Misyjnych Diecezji Opolskiej. W Togo został poświęcony kościół, który w 90% był zbudowany z datków wiernych diecezji opolskiej.
oddajmy zwycięzcy co zwycięskietak się rozluźnia stresującą atmosferęa pan Tadeusz mistrz dyplomacji jak zawszeedycja 90, odcinek 9ja tylko chciałem dodać, ż
Najlepsze dowcipy o winie. Wino i picie wina na wesoło. Zabawne dowcipy o winie, korkociągach i piwoszach. Śmieszne kawały z winem – winiarskie żarty na poprawę humoru Wino i woda Fąfara mówi do znajomego:– My w domu pijamy wino z wodą.–. W jakiej proporcji?–….
Sławny ksiądz Kazimierz. Ksiądz opowiada w lutym 2014 r. o wcześniejszej kolacji z obecnym szefem .Nowoczesnej: „Byłem kiedyś na jednej takiej kolacyjce z Rysiem, notabene za niedługo
Na kilka dni przed kanonizacją Karola de Foucauld ks. Bernard Ardura, postulator procesu, opowiada o cudzie, który uratował życie młodemu stolarzowi.
lshvJ. Prawomocny wyrok zapadł ponad dwa miesiące temu. Ale ksiądz Tadeusz Niziołek z Nowej Wsi Czudeckiej, skazany na karę trzech lat pozbawienia wolności za śmiertelne przejechanie dziecka i nieudzielenie pomocy po wypadku, w więzieniu nie siedzi - donosi oburzona Trybuna. Po czym przystępuje do uogólnień. Porozmawiaj o tym na FORUM W artykule zatytułowanym "Kręte drogi" napisano: Rodzice 11-letniej Ani, która dwa lata temu w maju zginęła pod kołami samochodu duchownego, mają już nawet wątpliwość, czy kara dosięgnie sprawcę. Wszystko jest takie kręte od początku - mówi bezradnie ojciec Ani, Sylwester Betleja. - I pewnie gdyby prasa o tym nie pisała, ukręcono by sprawie głowę już dawno. Przecież na drugi dzień po wypadku prokurator ze Strzyżowa ogłosił, że ksiądz przejechał nieżywe dziecko potrącone przez ciężarówkę, co było nieprawdą. Ania rzeczywiście została wcześniej potrącona przez inne auto, ale gdy wjechał na nią księżowski samochód, jeszcze żyła. Żyła też przez chwilę jeszcze po tym, gdy duchowny odjeżdżał z miejsca tragedii. W 20 godzin później ksiądz sam zgłosił się na policję, bo wcześniej, jak zeznał, był w szoku. - Ale już na drugi dzień rano spowiadał ludzi w Babicy - pamięta Sylwester Betleja. Ksiądz pojawił się u rodziców ofiary dopiero po miesiącu, nie mówił o swojej winie, ale przedstawił się jako świadek w sprawie. - Na uwagę żony, dlaczego tak późno się zainteresował, proboszcz odrzekł, że mieli tu być wcześniej inni księża, żeby sprawę załatwić - opowiada ojciec. Rodzice przypominają, że mimo wyroku sprawca tragedii nie trafił do więzienia. Gdy miał zostać wezwany do odbycia kary, adwokaci zażądali sprostowania omyłki w dacie jego urodzenia. Bo w aktach Sądu Rejonowego w Strzyżowie, gdzie zapadł wyrok i skąd może być nakazana egzekucja kary, pomylone zostały miesiące urodzenia księdza. Zamiast listopada wpisano luty. - To zwykła omyłka pisarska, która mogła powstać już na etapie zapisów dochodzenia prokuratorskiego i potem mogła być machinalnie powtarzana - przypuszcza Leszek Zamorski, prezes Sądu Rejonowego w Strzyżowie. - Zdarzają się takie rzeczy, jak się dużo pisze. To zostanie sprostowane, bo przecież zakład karny nie przyjmie skazanego z błędnie podaną datą urodzenia. Ale w tej chwili akt sprawy nie ma u nas - są akurat w Sądzie Okręgowym w Rzeszowie. W tej instancji rozpatrywana była apelacja od strzyżowskiego wyroku. Sąd Okręgowy w Rzeszowie stwierdził, że popełniono wiele błędów już w pierwszym etapie śledztwa, przy opisie zdarzenia i oględzinach zwłok. Wiele dowodów bezpowrotnie też uległo zatarciu lub zniszczeniu. Sąd rzeszowski nie cofnął jednak sprawy do rozpatrywania w pierwszej instancji, aby nie przedłużać dochodzenia prawdy. Przesłuchał ponownie wielu świadków i biegłych. I potwierdził swym wyrokiem, już prawomocnym, postanowienie ze Strzyżowa. Więcej na następnej stronie - Nic nie stoi na przeszkodzie, by nakazać wykonanie kary, ale oczywiście wiadomo jednocześnie, że Żaden sędzia nie odważy się wydać takiej decyzji, nie mając akt sprawy w ręku - mówi sędzia Iwona Szczypiór, rzecznik Sądu Okręgowego w Rzeszowie. - Akta znowu trafiły do nas, bo pełnomocnicy rodziców Ani Betlei złożyli wniosek o uzupełnienie wyroku o koszty zastępstwa procesowego. Po rozpatrzeniu tego w sumie ubocznego zagadnienia, akta wrócą do Strzyżowa. Sędzia Szczypiór podkreśla, że te dodatkowe czynności nie mają przecież "żadnego wpływu na treść merytorycznego rozstrzygnięcia". Bo ksiądz jest skazany prawomocnym wyrokiem na karę więzienia. Kiedy ją odbędzie, Bóg raczy wiedzieć. Obecnie skazanemu sprzyja galimatias z krążącymi aktami sądowymi. Czy ksiądz Tadeusz nie będzie wnosił o odroczenie albo zawieszenie kary, gdy akta wrócą znów do Strzyżowa? - Życie pisze takie scenariusze, które nie sposób wymyślić ani przewidzieć - rzuca mimochodem sędzia Szczypiór. Rodzice Ani słyszeli od ludzi, że ksiądz chyba już od kilku tygodni nie odprawia mszy w swojej parafii. Nie jest też już tam proboszczem, choć kazania jeszcze niedawno głosił. Nie uczy dzieci w szkole. Ludzie mówili, że pożegnał się z parafianami, przedstawił im swojego następcę i ogłosił, że idzie na roczny urlop zdrowotny. - Ksiądz drwi sobie z nas i z tego wszystkiego, jakby go wcale wtedy nie było na drodze przed naszym domem, jakby nie zabił naszej Ani - mówi z goryczą Sylwester Betleja. - W sądzie w Rzeszowie nie pojawił się ani razu. W Strzyżowie na ostatniej rozprawie po ogłoszeniu wyroku nawet nie spojrzał na nas. Z kartki odczytał, że nas przeprasza i będzie się modlił za Anię. On, który tyle kazań głosił, nie potrafił powiedzieć tych kilku słów szczerze od siebie? Ale czy można się dziwić? Wszystko, co zeznawał przed sądem, było kłamstwem. Mówił, że Anię miał potrącić śmiertelnie TIR, a on tylko przejechał po czymś, co wypadło spod przyczepy i przypominało "kawał szmaty albo tektury". Nie było żadnego TIR-a - potwierdzili wszyscy świadkowie zeznający przed sądem, a biegli wykluczyli taką możliwość zdarzenia. Tego, kto potrącił Anię jako pierwszy, nie ustalono do tej pory. Wiadomo natomiast, że szosą jechała wtedy kolumna samochodów z księżmi, którzy wracali z Jawornika Niebyleckiego po uroczystościach odprowadzenia tam obrazu Matki Boskiej. Wśród nich był biskup pomocniczy diecezji rzeszowskiej Edward Białogłowski, który sam kierował polonezem. Więcej na następnej stronie W zeznaniach odczytanych na rozprawie w Strzyżowie (wśród 40 podobnych, złożonych przez księży i innych świadków) biskup stwierdził, że on również jechał za TIR-em. I tę ciężarówkę wyprzedził dopiero w Babicy. O wypadku zaś dowiedział się na drugi dzień wieczorem. Rodzice Ani natomiast są święcie przekonani, że już rano słyszeli w radiowej transmisji mszy, jak biskup modlił się za duszę ich dziecka. Mechanik, który dwa dni po wypadku wymieniał olej w aucie biskupa, zeznał, że nie zauważył, by samochód był uszkodzony. Policjanci, którzy po kilku tygodniach badali tego poloneza też nie znaleźli "żadnych mikrośladów". - A jakie ślady i jakim dowodem mogła być na przykład świeczka, którą Ania miała w ręku, bo szła do kościoła na apel majowy? - zastanawia się ojciec Ani. - Może na tej świeczce, dziwnie zaginionej, były jakieś ślady lakieru auta, które potrąciło nasze dziecko. Sylwester Betleja przypomina, że w niektórych kościołach odczytywano list z kurii i piętnowano prasę, która oczerniała biskupa. - Ludzie wychodzili, albo nawet gwizdali, jak to słyszeli - mówi ojciec Ani i powtarza kolejny raz: - Ksiądz Niziołek nawet gdyby był głuchy, to by przecież usłyszał, że roluje nasze dziecko swoim seatem, gdy wlókł Anię pod spodem tego auta. A wszyscy księża, którzy jechali w kolumnie, omijali to miejsce, jakby pies albo kura leżała zabita na drodze, a nie dziecko. Proboszcz z Połomii też przejechał i się nie zatrzymał. Dwaj księża uczynili to tylko na chwilę, ale też zaraz odjechali. Rodzice Ani przeżywają wciąż od nowa tamten wypadek. Ojciec mówi, że zdarzają się wypadki, gdy ktoś wpadnie pod samochód. Ale Ania była zawsze aż nadmiernie ostrożna, gdy przechodziła przez drogę. Zginęła. - Zabił i uciekł - Sylwester Betleja nie szczędzi mocnych słów, gdy ocenia, co się dzieje ze sprawcami wypadku. Czy ksiądz zostanie zmuszony do odbycia kary? Czy znajdą się świadkowie, którzy widzieli samochód, który pierwszy potrącił Anię? Po przeczytaniu tego tekstu nie wiadomo, czyje drogi są bardziej kręte: polskiego wymiaru sprawiedliwości czy dziennikarzy Trybuny. Porozmawiaj o tym na FORUM
Okolice Proszowic w czasie II wojny światowej były doskonałą kryjówką. Peryferyjne miasteczko bez większego znaczenia gospodarczego, ze słabo rozwiniętą komunikacją i przemysłem. Słowem - miejsce, gdzie diabeł mówi dobranoc. Ksiądz Franciszek Marlewski (drugi z lewej) na zdjęciu z lat 30. ubiegłego wieku Wspomnienie o Franciszku MarlewskimNiemieckich żandarmów było tu niewielu, a jednocześnie wiele zamożnych dworów w okolicy dawało gwarancję, że zawsze jakaś żywność powinna się znaleźć. Nieprzypadkowo w tym rejonie postanowiło się ukryć wiele osób, które wolały nie rzucać się Niemcom w oczy. W czasie wojny do Proszowic trafili Zbigniew Herbert z rodziną, Teodor Bałłaban, Konstanty Jodko-Narkiewicz. Nieprzypadkowo w Nowym Brzesku ukrywał się Stanisław Marusarz, a lasy po drugiej stronie Wisły wyrąbywał Edward Madejski. Na parafii w Hebdowie natomiast swoją posługę pełnił bohater dzisiejszego opowiadania: przybysz z Wielkopolski, ksiądz Franciszek się w roku 1893, w Inowrocławiu, jako poddany króla pruskiego i cesarza niemieckiego Wilhelma II Hohenzollerna. Już jako młodzieniec dał się poznać jako człowiek o dużych zdolnościach i z zacięciem do społecznikowskich działań. Miejsce pochodzenia w dużej mierze wyznaczyło zresztą ich kierunki. Na terenie zaboru pruskiego walczył o prawa Polaków do korzystania z ojczystego języka. Jednocześnie po święceniach kapłańskich uczył inowrocławską młodzież gimnazjalną łaciny i niemieckiego. Został nawet sądowym tłumaczem przysięgłym z tych języków i pełnił tę funkcję praktycznie przez całe życie. W okresie II Rzeczpospolitej zajmował stanowiska wikariusza generalnego poznańskiego. Od roku 1934 należał do Rady Papieskiej przy prymasie Polski. Był znany również ze swoich publikacji. Dotyczyły zarówno spraw, co do których nie ma wątpliwości, że powinny być domeną księży - np. popularyzacji religii w środowisku akademickim, zwyczajów ludowych i religijnych - jak też niewiele mających z teologią wspólnego. Ksiądz Marlewski był mianowicie propagatorem zakładania przydomowych ogródków warzywnych. Aby plony się nie zmarnowały, podawał przepisy kulinarne na potrawy z wybuchu II wojny światowej władze kościelne uznały, że ksiądz Marlewski powinien osiąść w jakimś miejscu, w którym nie będzie narażony na częste kontakty z Niemcami. Wybór padł na małą parafię w Hebdowie. - Ani kolei, ani telefonu, poczta w Nowym Brzesku - cisza, spokój, można wyjść nad Wisłę i odpoczywać. Ale ksiądz społecznik zawsze jest społecznikiem - opowiada Teodora Odziomek. Józef Olszewski z Zakopanego wspomina, że na plebanii ksiądz założył coś w rodzaju szkoły średniej i osobiście uczył niemieckiego oraz łaciny. Janusz Piętniewicz, wówczas student kompletów medycznych w Krakowie, dodaje, że w zasobach kościelnej biblioteki ksiądz wyszukiwał stare książki z botaniki, biologii i medycyny. Następnie całe ich fragmenty były przepisywane i wypożyczane potrzebującym. W roli nauczycielek występowały też często dziewczyny z wysiedlonych rodzin, które chodziły na wsiach po domach i uczyły małe dzieci czytać i pisać po polsku. Były też organizowane kółka różańcowe, przy czym po odmówieniu różańca kobiety czytały na głos klasyków lub uczyły się gotować. - Aby te kółka miały oprawę, ksiądz porozwoził klęczniki z kościoła. Taką "różańcową" w Śmiłowicach była nieżyjąca już Maria Belska. Właśnie u niej widziałam taki klęcznik. Pani Belska zawsze czymś częstowała uczestniczki, paruchy robiła bardzo dobre - wspomina Teodora które pomagały ubierać ołtarz, ksiądz obdarowywał kawałkami muślinu, by na tym materiale uczyły się wyszywać. Uczył je zasad higieny. Z kolei dla ochrony młodych mężczyzn przed wywózką na roboty do Niemiec wydzierżawił kawał lasu w Ispinie i tam ich zatrudniał. Wyrąbywali drzewa i zaopatrywali kościół w opał. Mieli też dokumenty osób niezbędnych w Generalnej Guberni. Przy wyrąbie drewna pracował Janusz Piętniewicz. Ponoć tak się przyzwyczaił do tej fizycznej pracy, że w dorosłym życiu, w czasie urlopów, przyjeżdżał do Ispiny trochę popracować. Innym sposobem na zatrzymanie na miejscu mężczyzn były ciągłe remonty kościelnych pomieszczeń i budynków. Podczas wspólnych posiłków ksiądz opowiadał o przeszłości klasztoru w Hebdowie, pytał swoich gości - skąd ich przodkowie przybyli, co oznaczają ich nazwiska. Dzieci częstował czerwonymi cukierkami, a gdy rodzice chcieli im je odebrać i dać dopiero po nabożeństwie, nie pozwalał na to. - To dzieci, a niech się brudzą, niech świergotają - mawiał przy którzy mieli okazję się z nim zetknąć, wspominają, że był wzorem księdza i patrioty. Choć górował nad otoczeniem wykształceniem i obyciem, nie wynosił sie ponad prostych ludzi. Księdza Marlewskiego wspomina też znany krakowski witrażysta Antoni Skąpski, którego ojciec w czasie okupacji był zarządcą hebdowskiego majątku. W swojej publikacji, przygotowanej na potrzeby pierwszego wydania monografii "Ziemia Nowobrzeska", pisze, że gdy ojcu udało się przekonać Niemców do zaniechania represji po okresie tzw. Rzeczpospolitej Partyzanckiej, zamówił u proboszcza dziękczynne cechą księdza Marlewskiego było to, że udzielał sakramentów każdemu - bez względu na przynależność państwową, działalność polityczną, rasę czy nawet religię. A w niektórych wypadkach groziła za to kara śmierci. Pochował z całym ceremoniałem zamordowanych w roku 1943 Stefana Czekaja i Eugeniusza Woźniaka. Pochówek odbył się na starym cmentarzu w Starym Brzesku, gdy w okolicy było wyjątkowo dużo Niemców i 1945 r. ksiądz Franciszek Marlewski wrócił do Poznania. Zajął się działalnością wydawniczą. Jako osoba prześladowana przez Urząd Bezpieczeństwa został zaliczony w poczet "Księży Niezłomnych". Zmarł w roku 1959, spoczywa w rodzinnym Inowrocławiu. W Poznaniu, w Bazylice Archikatedralnej Świętych Apostołów Piotra i Pawła, jednym z najstarszych polskich kościołów, jest jego epitafium: "Ksiądz Franciszek Marlewski Protonotariusz Apostolski Infułat".(ALG)
Rozmowa dotyczyła ubarwiania kazań przykładami. - Mieliśmy takiego współbrata - mówił ojciec Jacek - który naczytał się o barokowych formach wywierania wpływu na słuchaczy, i jak mówił kazanie np. o weselu w Kanie Galilejskiej, to przynosił butelkę wina, nalewał sobie kieliszek, wypijał go, stawiał na pulpicie i mówił: "Czego jesteście tak smutni? Nasz Pan Jezus to nam dał, abyśmy się weselili" - i tak dalej szedł kościelnym stylem, ale to na nikogo nie działało i nikt się specjalnie nie zaczynał weselić w środku jego kazania, bo ludzie tylko siedzieli w ławkach jak zwykle i patrzyli jeden na drugiego, o co temu księdzu chodzi, aż wreszcie przyszedł dekret od biskupa, żeby zaprzestać zgorszenia. Tak że summa summarum ten współbrat nasz dobrze na tym nie wyszedł, bo ksiądz prowincjał musiał go przesunąć do małego klasztoru, gdzie mógł sobie do woli pić to swoje wino, ale już nie na ambonie. - Taka metoda Stanisławskiego - mówił prałat Paweł - może mieć rzeczywiście dobre skutki. Pamiętam jednego mojego znajomego księdza z naszej parafii, który właśnie czytał Ewangelię: "Przyszli słudzy i napełnili kadzie wodą aż po brzegi" i właśnie w tym momencie przyszła nad miasto wichura, wiatr otworzył okienko w wielkim witrażu w prezbiterium i zrobił się taki przeciąg, że do kościoła zaczął padać deszcz aż na ołtarz i stojące tam już paramenta liturgiczne. - To piękny symbol - powiedział ojciec Jacek - ja bym w takim momencie zaintonował pieśń "Wody Jordanu weselcie się". - Bardzo ładnie - powiedział prałat Paweł - ale ten ksiądz na to nie wpadł. On tylko schował się pod ołtarz, usiadł tam po prostu na podłodze, tak że głowa mu wystawała, i powiedział do mikrofonu - stąd będzie mi się dobrze mówić. Panowie! Nie wierzycie, jaki mieliśmy w parafii kociokwik następnego dnia. Kuria, prasa katolicka, telewizje różne. Pisali reportaże: „Genialny polski ksiądz chroni się pod ołtarzem!” „Wiekuisty symbol opieki Bożej!” „De profundis clamavi!” I tym podobne. Nawet z archidiecezji San Francisco dzwonił wikariusz generalny, Polak z pochodzenia. - Potem - kończył prałat Paweł - trochę rozmawiałem z tym księdzem. Powiedział mi – „Jak już skończyłem kazanie, to nikt mi potem spod tego ołtarza nie pomógł wyjść. Musiałem, cholera, wygrzebywać się w ornacie na czworakach. U nas w kościele to panuje znieczulica społeczna.”
Kiedyś jeden kapłan przyszedł z wizytą duszpasterską do pewnej parafianki:– Może ksiądz szarlotki spróbuje?– Bardzo mu talerzyk, ksiądz je, ale pies warczy na niego i tak się dziwnie zbliża. No to kapłan mówi:– Niech pani przymknie tego psa.– A on nic nie zrobi!– Proszę pani, taka sutanna kosztuje teraz tysiąc dwieście złotych.– A to go zamknę, zamknę. Ale on by księdza nie ugryzł, on się tylko trochę denerwował, bo on też je zawsze z tego teksty, które padły podczas kolędy --->
"Lewica biadoli, że "Kora" była w dzieciństwie "molestowana" przez księdza" - przypomniał na Twitterze Janusz Korwin-Mikke. Kora w dzieciństwie mieszkała w sierocińcuW 2010 r. piosenkarka wyznała, że była tam molestowana przez księdza. - Był starym śmierdzącym człowiekiem, który wpychał mi jęzor do ust i gmerał w majtkach - twierdziła. Artystka powiedziała, że w domu dziecka dostała "pierwszą lekcję uległości wobec nienormalnych zachowań księży". O tym opowiada jej piosenka "Zabawa w chowanego". Premiera utworu miała miejsce 4 dni po publikacji rozmowy, w której opowiedziala o traumie z Korwin-Mikke postanowił znaleźć pozytywy tej sytuacji. "Pytam: czy to zmieniło Jej życie? Jeśli TAK - to być może zamiast wybitnej piosenkarki wyrosłaby przeciętniaczka - albo (o zgrozo!) pieśniarka katolicka?" - stwierdził. I dodał: "Co cię nie zabije, to cię wzmocni! - przypominam".Zobacz także: Zobacz także: #JedziemyWPolskę. Nowy cykl Wirtualnej PolskiLogika prezesa partii Wolność nie zyskała na popularności. "Większych głupot nie słyszałem w swoim życiu", "Mam trójkę dzieci i biada temu, kto będzie chciał je wzmocnić", "Wybory się zaczynają, Janusz walczy o jak najniższy wynik" - to delikatniejsze z komentarzy pod wpisem newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez
ksiądz opowiada kawał o winie